Bieszczady od kuchni cz. 2

Bieszczady od kuchni cz. 2

Pierwszy raz o Bieszczadach pisałam niespełna 4 lata temu. Długo czekałam na tamten wyjazd, dużo czytałam o lokalnej kuchni Bieszczadu i bardzo nastawiłam się na odkrywanie tych nieoczywistych potraw. Niestety nie wszystko poszło zgodnie z moim planem, nie wszystkie punkty z listy udało nam się zrealizować. Jednak nie to było powodem mojego… hmm można powiedzieć żalu. Jechaliśmy wtedy z trójką dzieci, w tym z dwumiesięcznym synem, więc chcąc nie chcąc, chłopak porządził nieco 😉 Żal pozostawiły jednak niektóre przybytki kulinarne przez nas odwiedzone. Ale o tym możecie poczytać sobie tutaj – Bieszczady od kuchni cz. 1.

Bieszczady od kuchni – ciąg dalszy

Tegoroczny wyjazd był zgoła odmienny. Planowany w sumie na ostatni moment, w terminie ferii zimowych, z nastawieniem na bliskość stoków narciarskich, by dziewczyny mogły sobie “odśnieżyć” 😉 swoje umiejętności. Lokalizacja przez to automatycznie nam się zawęziła na wstępie, ale jakoś specjalnie nam to nie przeszkadzało. I tak sobie czekaliśmy spokojnie na ten wyjazd do czasu… aż pierd… zarazą i nas uziemiło. Powiem Wam, że ostatnią rzeczą, którą mi się chciało wtedy robić były listy miejsc do odwiedzenia i lista potraw do zjedzenia, bo wyjazd nagle stanął pod znakiem zapytania. Szczęśliwie jednak, pierwszego dnia ferii zimowych 2022 udało nam się zapakować do samochodu i wyjechać.

Podróż w Bieszczady planowaliśmy tak, żeby po drodze (haha) wstąpić oczywiście do Zahutynia i dobrze nastroić się kulinarnie na resztę wyjazdu. Niestety w trakcie podróży młodsze dzieci postanowiły wziąć sprawy w swoje ręce i znów musieliśmy modyfikować trasę, aby jak najszybciej dostać się do domku. Po oszacowaniu strat i doprowadzeniu się do porządku postanowiliśmy rzucić okiem na stok i coś zjeść. No i złamałam swoje postanowienie o nie szukaniu knajp w internetach, ale tym razem bardzo się z tego cieszę, ponieważ inaczej nie trafilibyśmy do…

Karczma we Młynie (Ustrzyki Dolne)

Kisełycia, Hryczanyki, Klepak Młynarzowej to były pierwsze pozycje, które mi się ukazały. Nie będę nawet próbowała opisywać tutaj mojego wewnętrznego wybuchu entuzjazmu. Na zewnątrz pełny spokój i powaga, bowiem wiadomo jak to z internetami bywa… Pojechaliśmy, zasiedliśmy w otoczeniu dawnych sprzętów młynarskich i oddaliśmy się studiowaniu karty. Mój wzrok zatrzymał się oczywiście na stronie z lokalnymi specjałami 🙂 i nie tylko mój, jak się potem okazało. Zgodnie zamówiliśmy: proziaki, kisełycie, żurek z jajkiem i kiełbasą, barszcz z uszkami, hryczanyki młynarza, gołąbki z ziemniaków tartych, kartacze z mięsem i skwarkami.

Proziaków niewiele zjadłam, wszystkie pożarły dzieci. Każde w swojej indywidualnej konfiguracji. Nie muszę więc chyba pisać o ich jakości 🙂 Kisełycia to poezja i zdecydowanie nr 1 tego wyjazdu. Wyobraźcie sobie tylko kwas z kapusty zagęszczony żytnią mąką, ziemniaki i przepyszne, wielkie skwarki. OMG!! Cóż mogę powiedzieć o żurku, chyba tylko tyle, że udało mi się zjeść 1 (słownie: jedną) jego łyżkę. Resztę wsunęły chłopaki, w tym jeden 3 letni. Musiał być dobry 🙂 Barszcz na spółę zajadały dziewczyny i nie obyło się bez kłótni, która zjadła więcej.

Hryczanykami mąż też jakoś specjalnie nie chciał się dzielić. W sumie, gdybym sama sobie zamówiła te kotlety mielone z kaszą gryczaną, też bym się nimi nie dzieliła 😉 Kolejna pozycja to moje gołąbki z tartymi ziemniakami i skwarkami. Nr 2 tego wyjazdu. I na koniec zostały nam kartacze. Moim zdaniem uplasowały się one na ostatnim miejscu. Nie przeszkodziło to jednak pokłócić się dziewczynom drugi raz o sprawiedliwy podział porcji 😉

Karczma zrobiła na nas tak pozytywne wrażenie, że wróciliśmy do niej po kilku dniach. Stęskniłam się za kisełycią po prostu 😉 Oprócz niej, zamówiliśmy tym razem jeszcze pierogi młynarza, kotleta z kurczaka w panierce, młyński placek ziemniaczany oraz mojego ukochanego schabowego. Do pierogów nie mam zastrzeżeń, a już w szczególności do wielkich, idealnie wysmażonych skwarków. Kotlet z kurczaka był soczysty, a panierka chrupiąca, czyli wszystko się zgadzało. Kawa tym razem trochę pomarudził na placek. Miał on nieco inny smak, ponieważ był smażony na płycie, bez tłuszczu. Ale jednak cały zniknął z Kawy talerza. A mój schabowy odebrał mi mowę. Był ogromny i pyszny. Rozbity w sam raz, nie było przez niego widać Warszawy 😉 Panierka była mocno chrupiąca, a środek miękki i soczysty. Całości dopełniła bardzo dobra, kwaśna zasmażana kapusta. Po raz drugi wyszłam z Karczmy zadowolona i jeśli będziemy następnym razem w jej pobliżu, na pewno tam wrócimy.

Oberża pod strzechą (Ustrzyki Dolne)

Zajechaliśmy do niej drugiego dnia, po kilku godzinach na stoku. Byliśmy głodni i okrutnie zmęczeni. Na szczęście ja kartę przestudiowałam sobie już wcześniej i nie miałam większego problemu z wyborem. Znów w moim przypadku padło na kuchnię regionalną i znowu była to kapusta z ziemniakami, czyli kwaśnica i fuczki łemkowskie.

Ale na pierwszy ogień wjechały proziaki. Łemkowskie były podane z masłem czosnkowo-ziołowym, niedźwiedzie miały w sobie czosnek niedźwiedzi i podane były z solonym masłem. Jedne i drugie smaczne, zniknęły w oka mgnieniu. Kwaśnica była na bogato. Odpowiednio kwaśna, z ziemniakami i wkładką mięsną. No powiem, że najadłam się nią do syta.

Przy fuczkach niestety nastąpił zgrzyt :/ Okazało się, że są to po prostu placki ziemniaczane z kapustą kiszoną. I niby spoko, przecież lubię i jedno i drugie. Ale po pierwsze spodziewałam się tradycyjnych placków z kiszonej kapusty, mleka, mąki i jajka. A po drugie te były jeszcze dodatkowo doprawione kminem rzymskim a nie kminkiem. Było go całkiem sporo i przy każdym kęsie, na pierwszym miejscu czuć było właśnie tę przyprawę. Nie pasowało mi to zupełnie. Stopień wysmażenia fuczków i jakość oleju, na którym były smażone lepiej przemilczę 😉

Dom nad rozlewiskiem (Wołkowyja)

A mieliśmy tu nie trafić… Po przedpołudniu spędzonym na ustrzyckim basenie, nieźle zgłodnieliśmy. Kawa podrzucił pomysł, żeby się wybrać na pstrąga do naszego ulubionego Baru na stawach w Krzywem. Nie musiał nikomu dwa razy powtarzać 😉 Wsiedliśmy w auto i po godzinie z małym hakiem znaleźliśmy się na miejscu. Okazało się jednak, że bar jest zamknięty (Oj nieładnie, nieładnie. Przydałoby się aktualizować dane w internecie ;)). Z bólem serca zawróciliśmy i udaliśmy się w drogę powrotną. Po drodze wypatrywaliśmy jeszcze obiektów kulinarnych, ale te które nas zainteresowały zamknęły się dosłownie przed chwilą. W końcu jednak trafiliśmy do Domu nad rozlewiskiem. Chciałabym jeszcze nadmienić, że podczas poprzedniego wyjazdu przejeżdżaliśmy koło tego miejsca niemal codziennie, ale nie dane nam było się tutaj zatrzymać. Aż do teraz.

Karta była krótka, więc nie mieliśmy problemu z wyborem. Dziewczyny nie chciały słyszeć o niczym innym jak tylko o pstrągu, więc dostały po pstrągu. Ja nabrałam ochoty na pierogi razowe ze szpinakiem i bryndzą, a Kawa zamówił dla siebie kluski śląskie z polędwicą w sosie grzybowym. Wszystkie pozycje były bardzo dobre. Ja jedynie moje pierogi ugotowałabym w solonej wodzie, a do farszu dorzuciłabym odrobinę czosnku niedźwiedziego 😉 Polędwiczka kawy mięciutka, kluski w sam raz, a sos… jaki on był aromatyczny i kremowy. Pstrągi dziewczyn też bardzo smaczne, a dodatek pesto z czosnku niedźwiedziego to był strzał w dziesiątkę.

Na samym jedzeniu nasza wizyta się jednak nie zakończyła. Przy barze znajdował się całkiem fajny zakątek z ceramiką, magnesami i smakołykami zamkniętymi w słoikach. Czytajcie dalej, a odkryjecie z czym oprócz pełnych brzuchów wyszliśmy z Domu nad Rozlewiskiem.

Wilcza Jama (Smolnik)

Wilcza Jama była na mojej liście “miejsc do zjedzenia” jeszcze na poprzednim wyjeździe, ale nie udało nam się wtedy do niej dotrzeć. Pamiętam, że gdzieś mi wtedy mignęła po drodze, ale plany mieliśmy inne, godzina też raczej obiadowa nie była. Na szczęście przypomniałam sobie o niej w porę. Ostatni dzień naszego pobytu w Bieszczadach dostosowaliśmy tak, żeby i dzieci były zadowolone z atrakcji (żubry, oj żubry), i żeby do Jamy trafić w porze obiadu 😉 Udało się. Drugi raz mieliśmy szczęście, bo udało nam się zająć ostatni wolny stolik.

Wilcza Jama to przede wszystkim dziczyzna. Już przy wejściu dostajemy informację, co tam w menu danego dnia piszczy. Menu nie jest długie, potrawy zróżnicowane, więc łatwo wybrać coś dla siebie. Na przystawkę wjechał pasztet z dzika z sosem tatarskim z rydzami, brusznicą i pieczywem domowym. Z zupą mieliśmy przez chwilę zagwozdkę, bo dziewczyny oczywiście przejęły pałeczkę i wybrały rosół z bażanta oraz barszcz czerwony na zakwasie z uszkami. Ja miałam ochotę na grzybową z borowików z pęczakiem, a Kawa na myśliwską z jelenia.

Ostatecznie stwierdziliśmy, że nie przejemy takiej ilości jedzenia, bo i tak przyjdzie nam dojadać po dziewczynach. Niestety srodze się zawiedliśmy. Dziewczyny dały nam spróbować po jednej łyżce i tyle zupy widzieliśmy. Ich brat miał więcej szczęścia, jemu dały trochę więcej. Drugie danie prezentowało się następująco. Zgred i Troll dostali pierogi ruskie, Gnom zażyczył sobie żeberka wieprzowe z gotowaną kapustą i ziemniakami. Kawa wybrał pieczeń z dzika ze śliwką, brusznicą i prażoną kaszą gryczaną, a ja postawiłam na gulasz z sarny z borowikami z mixem kasz oraz buraczki na ciepło.

A teraz zacznijmy od początku… Nie wiem co było smaczniejsze, pasztet czy podany do niego chleb domowy. A sos tatarski na rydzach to poezja. Serio 🙂 Rosół z bażanta podany był z domowym makaronem i oczywiście wkładką mięsną. Był pyszny – delikatny, nietłusty, a mięso miękkie. Ale to barszcz czerwony na zakwasie skradł moje serce. Wiele barszczy jadłam, ale ten miał w sobie na pewno sekretny składnik. Z Kawą obstawiamy, że mogła to być wędzona śliwka.

Smaku pierogów i żeberek szczerze mówiąc nie pamiętam. Dzieciaki wsuwały je jednak bez mrugnięcia okiem, tylko wielkość porcji ich mimo wszystko pokonała. Kawa ze swojego dzika był zadowolony, dał mi spróbować kęs z sosem i myślę, że jeśli jeszcze kiedyś dane by nam było zawitać do Wilczej Jamy, to z chęcią bym go zamówiła. Na koniec została moja sarna. Była idealna. Mięso bardzo miękkie, ale nie rozpadające się, a sos mocno grzybowy. Wielkie brawa należą się temu, kto prażył kaszę. To była najlepsza kasza, jaką kiedykolwiek jadłam. Na prawdę, nie przesadzam. Była ugotowana na sypko, żadne ziarenko się nie kleiło, a do tego była miękka, ale jednak czuć ją było pod zębem. Jako dodatek zamówiłam buraczki na ciepło. Nie smakowały jak klasyczne buraczki zasmażane. Były lekko kwaśne (lubię!) i również można było w nich wyczuć posmak wędzonki.

Podsumowując, nie spodziewałam się, że ten wyjazd będzie tak udany pod względem kulinarnym. Nie nastawiałam się na zbyt wiele, a właściwie to nastawiłam się na “normalne” jedzenie. A tu nastąpiła taka miła niespodzianka. Zastanawiam się tylko, jak będą wyglądały kolejne wyjazdy w Bieszczady, bo że będą to jest oczywiste. Czy będę odwiedzać już znane – ulubione miejsca, czy dam jeszcze szansę tym, które najlepiej nie wypadły, czy może jednak obiorę kierunek drewnianych, przydrożnych tabliczek. Sama jestem ciekawa…

Ale, ale… moi kochani to jeszcze nie koniec ciekawostek, bo czeka jeszcze na opisanie kilka kwestii. Kontynuując jeszcze tematy kulinarne, chciałam wspomnieć o…

Ursa Maior – Bieszczadzkiej Wytwórni Piwa

Ostatnim razem nam nie wyszło zwiedzanie. Teraz również – bo pandemia. No cóż, następnym razem. Jednak brak zwiedzania zrekompensowaliśmy sobie buszowaniem po sklepiku. Można by rzec, że znaleźć tam można mydło i powidło, ale w jakim stylu i klimacie 🙂 Od razu po wejściu witają nas butelki z rzemieślniczym piwem, piwne krówki, czekolady ze słodem oraz wszelkiej maści przetwory. Potem udajemy się ścieżką rękodzielniczą, gdzie kusi nas ceramika i drewno. Dla moli książkowych też się coś znajdzie, tych większych i mniejszych oczywiście. Trochę czasu nam zajęło, zanim ze wszystkimi produktami się zapoznaliśmy, ale przy okazji odkryć musieliśmy kontrolować lepkie łapki Trolla. Przy okazji pozdrawiam Panią zza lady, która miała wielką cierpliwość i tolerowała zadymę, którą jej zgotowaliśmy naszą wizytą. Ze sklepu wyszliśmy oczywiście z browarem (Śnieg na Beniowej to moje ulubione), który był przecież naszym głównym celem, ale oprócz tego w siacie z odzysku znalazły się jeszcze:

  • mix piwnych krówek – za te słone oddałabym dużo… :),
  • czekolady ze słodem – jedna z nich właśnie umila mi pisanie tego postu,
  • ocet, który powstał z piwa Wataha – przyznam skrycie, że ja do Ursy jechałam głównie po niego (wiecie – Wataha ;)),
  • kolczyki dla dziewczyn – chociaż nie mają przekutych uszu,
  • talerzyk – niebawem zobaczycie go na zdjęciach z całkiem fajną zawartością,
  • magnes.

Na pożegnanie z Ursą dzieci dostały jeszcze po krówce. Do tej pory się zastanawiam, czy to czasem nie było z wdzięczności, że w końcu opuszczamy jej progi 😉

Dom nad rozlewiskiem – po raz drugi (Wołkowyja)

Jak wspominałam wcześniej, na chwilę zatrzymam się jeszcze w Domu nad rozlewiskiem. Nie dość, że smacznie tam zjedliśmy, to Gnom odkrył tam jeszcze kącik z lokalnym rękodziełem i lokalnymi przetworami. Ja nie mogłam się oprzeć cudownej zielono-kremowej filiżance z koniem skrytym w środku. Do kompletu dołożyliśmy jeszcze słoik z pesto z czosnku niedźwiedziego oraz rydze po łemkowsku. Pycha! Tyle Wam powiem 🙂

2 Comments
  1. Same pyszności wybieraliście:) Wszystko co opisałaś zjadłabym ze smakiem:P Zwłaszcza pierogi razowe z bryndzą i szpinakiem:D

    1. Cieszę się, że narobiłam Ci smaka. Nie pozostaje teraz nic innego, jak jechać w Bieszczady 😉

Będzie mi miło, jeśli zostawisz komentarz :)

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.